Angażowanie się.

Wbrew pozorom to moja wielka słabość, a nie zaleta. Kiedy coś mnie pociąga, gdy nadaję temu wartość i znaczenie, gdy jestem przekonana o słuszności, gdy widzę, że dzieje się niesprawiedliwość – nie umiem przejść obojętnie, nie zareagować, nie odezwać się. Wiele osób ceni mnie za tę odwagę i determinację.

Ja, dzisiaj, jestem zmęczona. Zmęczona walką, byciem w gotowości, obroną słabszych, tłumaczeniem, rozumieniem i poszukiwaniem najlepszych rozwiązań. Jestem zdruzgotana ludzką bezwzględnością, łatwością manipulowania, myśleniem tylko o krańcu swojego nosa.

Od zawsze, odkąd pamiętam, marzyłam o tym, by mieć dobry wpływ na świat, na otaczającą mnie rzeczywistość. Czasem pewnie wychodziło mi to lepiej, czasem gorzej. Umiem inspirować, mobilizować, pokazywać jasną stronę, zachęcać do konstruktywnych działań, choć na pewno zdarzały się sytuacje, gdy nawet najlepsze chęci obierały mylne drogi. Ale chyba do dzisiaj nie byłam w sytuacji, która spalałaby mnie tak bardzo, w której czułabym się tak bezradna i zniechęcona. Pozbawiona nadziei.

Stawiam przed sobą pytania: Czy na pewno i w tej walce musisz brać udział? Czy na pewno musisz się angażować? Może lepiej odpuścić, aby mieć spokojniejszy sen (albo w ogóle go mieć)? Co zyskasz, a co stracisz, gdy się wycofasz? I niemalże kartezjańskie pytania coachingowe cisną mi się do głowy: co się stanie, gdy będziesz w tej sytuacji aktywnie działała, a co się nie stanie, gdy nie będziesz aktywnie działała? Jeszcze nie znalazłam w sobie odpowiedzi. Jeszcze nie wiem, którą drogę wybrać.

Póki co nauczyłam się zatrzymania i refleksji i zadawania sobie pytań. Nie tylko działania, ale właśnie bycia rozważną, uważną, na to, w co wkładam swoją myśl i energię. Następnym razem zastanowię się, czy warto. Może świat poradzi sobie beze mnie w tej sprawie? Może lepiej będzie, jeśli przekieruję swoją uwagę na coś bardziej konstruktywnego, na coś, co będzie niosło ze sobą więcej słońca i nadziei?

Wiem, że ten wpis jest mniej optymistyczny niż poprzednie. Chcę być tutaj autentyczna i prawdziwa. Myślę, że moje zmagania i chwile zwątpienia, a także pytania, które stawiam sama sobie, mogą dla niektórych z Was być ważne i pomocne.

Zatem – czy w każdej bitwie i walce, którą teraz toczysz musisz brać udział?

3 thoughts on “Czy w każdej walce musisz wziąć udział?

  1. Robert says:

    Aga , znalazłem krótkie zdanie w myślach i rozważaniach Mistrza Eckharta ” Jeśli masz wolę, a brakuje Ci tylko mocy, bądź pewna że przed Bogiem zrobiłaś wszystko i nikt ci tego nie może odebrać ani choćby na moment przeszkodzić. Bo u Boga wola dokonania czegoś, z chwilą gdy to się stanie możliwe, ma taką samą wartość co samo dokonanie” – bądź więc dalej Aniołem bo choć bez skrzydeł to z wielkim sercem idziesz przez życie..

  2. agnieszka says:

    Dziękuję, Aniu, za twój komentarz. Myślę, że czasem są sytuacje obiektywnie niesprawiedliwe – np. gdy dzieci są traktowane podmiotowo, bez szacunku, z pogwałceniem ich praw. I z taką rzeczywistością właśnie się spotkałam. Trudno nie zareagować, gdy chodzi o tych najmniejszych, które same o siebie nie mają szans zawalczyć, bo są tłamszone. Trudno wtedy odwrócić się i odejść. Ale szukam innego rozwiązania. Pokojowego, jak to ja – w duchu NVC 🙂

  3. Ania says:

    Mysle, ze nie chodzi o to, aby walczyc z tym co wydaje nam sie niesprawiedliwe, ale aby wynosic na piedestal, obstawac, mowic, zwracac swoja I innych uwage na sprawiedliwe, dobre, takie jak bysmy chcieli, by bylo. Mozemy zmienic to co zle, tylko poprzez kierowanie energii na tego przeciwienstwo. Nie chodzi przeciez o to by swiat oceniac, nakladac „labels”, stawiac sie w roli tego, ktory wie jak swiat ma byc poukladany, ale o to by zaplakac, podac pomocna dlon, a czasem po prostu odwrocic sie i odejsc. Jestesmy tutaj by doswiadczac roznych emocji, by stawac sie coraz lepszymi, uczyc sie I wzrastac duchowo–nie, by swiat oceniac, nie, by z nim walczyc. Takie moje trzy grosze, Agnieszko.

Comments are closed.