RELACJE W PRACY I W DOMU

DOSZUKAJ SIĘ DOBREGO

Czy może być coś dobrego w tym, że matka krzyczy na dziecko?

Albo podcina mu skrzydła mówiąc „chyba ci się w głowie poprzewracało; na pewno nie zostaniesz modelką/piosenkarką/naukowcem”?

A w tym, że szef wymaga, by pracownik został po godzinach? I napisał kolejny bezsensowny raport?

A w tym, że ktoś jako klient żąda więcej niż mu się należy i jest opryskliwy dla sprzedawcy/kelnera/sekretarki?

A w tym, że kolega z pracy wciąż wszystko krytykuje? A przyjaciółka tylko narzeka i mówi jak jej ciężko?

Każdy z nas na co dzień ogląda sytuacje, w których wydaje nam się, że ludzie muszą być mega egoistyczni skoro tak się zachowują. Skoncentrowani tylko na swoim. Nie uwzględniający innych. Po prostu okropni, brrrrr…

Wyrażamy opinię na ich temat. Przyklejamy etykietkę buca, zarozumialca, pomylonej, marudy, pesymisty. Przy kolacji opowiadamy „a wiesz, dzisiaj w banku…”, „a w szkole nauczyciel to…”, „a nasza sąsiadka…” i oceniamy, czasem mocno bezwzględnie, te osoby.

 

ROZMOWA W WIĘZIENIU

To teraz z innej beczki. Na jednym ze szkoleń NVC (Nonviolent Communication) usłyszałam historię Marshalla Rosenberga (twórcy metody), która pozwoliła mi spojrzeć na nasze codzienne sytuacje z innej perspektywy.

Posłuchajcie:

Rosenberg pracował m.in. z osobami, które popełniły przestępstwa, różne – od lekkich do ciężkich. Na jednym ze spotkań poznał mężczyznę, który został skazany za czyny pedofilskie. Zapytał go o intencje: Dlaczego robiłeś to, co robiłeś? Z jakiego ważnego powodu tak postępowałeś? Młody mężczyzna nienawykły do takich pytań odpowiedział: przecież to oczywiste, jestem zły, przeczytaj sobie akta sądowe, tam jest cała moja diagnoza, jestem zły i dlatego to robiłem. Marshall się nie poddawał: wiem, co napisali, wszystko przeczytałem, ale nie pytam jaki jesteś tylko – dlaczego to robiłeś? Wtedy młody człowiek opowiedział mu wydawałoby się na pozór typową historię: jak byłem mały, to w moim domu byli różni wujkowie i oni mnie wykorzystywali seksualnie. I wiesz, jak się wtedy tak strasznie bałem, a nie miałem z kim porozmawiać, a chciałem, żeby ktoś zrozumiał mój strach, żeby ktoś wiedział, co ja czuję. I jak dorosłem, i zacząłem to robić tym małym chłopcom, to ja w ich oczach widziałem, że oni wiedzą, co ja czułem, oni rozumieli mój strach

Czy to uniewinnia tego człowieka? Absolutnie nie.

Ale czy jego intencja była zła? Nie. Każdy z nas ma potrzebę bycia zrozumianym. Ty nie?

Tylko, że my zazwyczaj wybieramy inną ścieżkę, aby ją zaspokoić – umawiamy się z przyjaciółką, piszemy na facebooku, wypłakujemy się w rękaw mamie, wyrażamy głośno swoje opinie. 

Ten młody człowiek mógł: udać się na spotkanie z pedagogiem, porozmawiać z pastorem, zgłosić się do nauczyciela w szkole, zadzwonić na niebieską linię. Ale z różnych możliwości wybrał (świadomie bądź nie – w to nie wnikajmy) drogę, która dla nas jest nieakceptowana.

Jednak patrząc na punkt wyjścia, czyli potrzebę, nie możemy powiedzieć, że była zła. To strategia okazała się niewłaściwa.

Mówię o tym, nie po to, by rozgrzeszać kogokolwiek, ale po to, byśmy się zatrzymali i zaprzestali stosowania uproszczonych etykietek – dobry / zły.

 

ROZMOWY CODZIENNE

Matka, która wydziera się na dziecko może w ten sposób zaspokajać potrzebę troski, miłości, odpowiedzialności. Krzyczy, bo boi się, że dziecko się oparzy albo że wpadnie pod samochód. Tyle, że nie umie okazać troski inaczej. Ja słyszałam mnóstwo historii o surowych rodzicach. Zakładam, że każdy z nich robił wiele rzeczy z miłości, choć sposób działania pozostawiał wiele do życzenia.

Ojciec mówiący „TY chcesz zostać konstruktorem klocków LEGO?” może zaspokajać potrzebę troski i odpowiedzialności o syna – boi się, że w ten sposób dziecko się nie zarobi wystarczająco na swoje utrzymanie, a może chce je uchronić przed rozczarowaniami, bo ma przekonanie, że dostać pracę w LEGO to nie taka prosta sprawa?

Szef chcący kolejny raport na pewno kieruje się potrzebą skuteczności, odpowiedzialności i efektywności – zależy mu na tym, by cel był osiągnięty, jego przełożeni zadowoleni. Nie chodzi mu o to, by zrobić na złość pracownikowi, jak to czasem słyszę.

A upierdliwy klient? Hm, w tym przypadku zazwyczaj chodzi o zaspokajanie potrzeby szacunku i bycia dostrzeżonym. Ktoś, kto ma deficyty w tych obszarach często prowokuje sytuacje, w których ma przewagę, by niejako wymusić realizację tych potrzeb.

Kolega, który krytykuje może chcieć być zauważony i usłyszany. Przyjaciółka być może potrzebuje troski i opieki, poczucia bezpieczeństwa, bycia wysłuchaną.

Przypomniał mi się jeszcze jeden przykład, który usłyszałam przedwczoraj: syn dzwoni do mamy z koloni i za każdym razem marudzi, że to jest nie tak, i to nie tak, i w ogóle nie mówi o tym, jak dobrze się bawi, choć mama z innego źródła wie, że tak jest. O czym to może świadczyć? Najprawdopodobniej chłopiec ma potrzebę kontaktu i bycia wysłuchanym – pewnie w toku doświadczeń nauczył się, że więcej tego dostaje wtedy, gdy coś się dzieje niedobrego niż w sytuacji, gdy wszystko idzie gładko, dlatego teraz stosuje tę strategię. Dzieci są bardzo mądre! Wniosek dla mamy – dawać uważność również wtedy, gdy wszystkie sprawy układają się pomyślnie.

 

No właśnie, a co nam da, że będziemy empatycznie przyglądać się innym?

  • Przede wszystkim zmieni się nasz sposób pojmowania świata – przestanie być  biało – czarny, już nie będzie taki dwuwymiarowy, nabierze więcej barw.
  • Zobaczymy, że inni ludzie mają takie same potrzeby jak my. To rodzi poczucie wspólnoty. Daje nam też pewność, że jesteśmy ok. Tak, jak i inni ludzie.
  • Być może odważymy się pokazać innym, w jaki sposób mogą inaczej zaspokajać swoje potrzeby.
  • Ponieważ za zachowaniami dostrzeżemy potrzeby, to możemy przyczynić się do tego, że zostaną one zrealizowane. Możemy dać coś od siebie. Najwięcej braków jest zazwyczaj związanych z potrzebą bycia zauważonym i wysłuchanym – i to jest w granicach naszych możliwości, aby dać to tym, którzy tego potrzebują.  

Zatem – patrząc w taki sposób na świat i innych ludzi możemy wpływać i mówiąc górnolotnie – czynić dobro. Małymi krokami, w swoim otoczeniu, ale zawsze. Mamy wpływ. Mamy znaczenie.

I oczywiście, jak to u mnie,

Czas na wyzwanie!

W każdej sytuacji, w której przyjdzie ci do głowy jakaś etykietka na temat drugiej osoby (np. buc, kretyn, idiotka) albo ocena jej postępowania (Jak ona może? Co on sobie myśli?) :

  1. Zatrzymaj się (w sensie fizycznym – stań w miejscu, to pomaga skupić myśli).
  2. Weź głęboki oddech. I jeszcze drugi.
  3. Zauważ, co pomyślałaś (o, właśnie pomyślałam to i to i to)
  4. Zadaj sobie pytanie hmmm, ciekawe jaka dobra intencja może stać za tym zachowaniem? I nie odpuszczaj! Znajdź przynajmniej jedną!
  5. Ciąg dalszy zależy od tego, co to za sytuacja – możesz empatycznie spojrzeć na tę osobę i dobrze o niej pomyśleć, a możesz też rozpocząć rozmowę opartą na empatii i szacunku. Jak budować takie komunikaty, które będą pełne zrozumienia, akceptacji i które będą prowadziły do budowania współpracy napiszę w kolejnych postach.

I wiecie, tak sobie myślę (może naiwnie, ale co tam ;-), że jak tak zaczniemy wszyscy patrzeć na siebie przez pryzmat potrzeb, to ten nasz świat będzie naprawdę piękny.

Powodzenia nam wszystkim!

 

You Might Also Like

poprzedni wpis
następny wpis

2 Comment

  1. Agnieszka Wróbel
    2 sierpnia 2016 at 10:30

    Iza, mam dokładnie tak samo – balansuję między empatią do siebie i empatią do drugiej osoby. Czasem zżymam się na innych nie rozumiejąc w ogóle ich punktu widzenia, ba! czasem nawet nie chcąc go zrozumieć, bo jestem tak skoncentrowana na tym, co we mnie. Myślę, że to bardzo ludzkie. Cały czas uczę się jak wychodzić poza swoje emocje i swoje potrzeby. To proces. Wymagający. Ale mam wrażenie, że z każdym dniem, tygodniem, miesiącem coraz łatwiej mi to przychodzi. Ja rozumiem to tak, że nie chodzi o to, by zapomnieć o sobie, ale by w swoim przeżywaniu zrobić miejsce dla prawdziwych intencji drugiej strony.

  2. Iza
    29 lipca 2016 at 11:47

    Zawsze gdy ktoś robi czy mówi coś co mnie rozkłada na łopatki, odległego o mój sposób myślenia o lata świetlne, najpierw odczuwam cios, ból niemal fizyczne, po chwili staram się uspokoić myśli i spojrzeć empatycznie, potem znów przychodzi to uczucie i znów mobilizacja empatii, potem znów myślę sobie, dlaczego to ja mam być wyrozumiała dla wszystkich a nikt nie zadaje sobie trudu by nie tylko zrozumieć mnie co choćby uszanować moją wrażliwość na niesprawiedliwość, na słowa, które ranią, tylko tyle, potem znów włączam empatię i tłumaczę sobie, że to dla nich też nie est komfortowe i musza się chyba czuć źle ze sobą jeśli chcą kogoś dotknąć. I tak w kółko. Nigdy ale to nigdy jednak nie nauczę się po prostu szybko, automatycznie neutralizować w sobie tego uczucia na początku, nie brać do serca, bez całej tej logiki i tłumaczenia. Po prostu nie brać do siebie i od razu rozumieć niezaspokojoną potrzebę czy dobrą intencję. Bo jednak proces myślowy jest połowicznie skuteczny, osłabia ból ale on czasem i tak wraca.

Comments are closed.