Nie wszystko na Twojej głowie — jak zrzucić ciężar nadodpowiedzialności

Ilustracja kobiety uginającej się pod ciężarem stosu papierów i zegara na plecach — symbol przeciążenia i nadodpowiedzialności

Pewnie znasz ten stan.

Myśli krążą wokół jednej sprawy — rano, po południu, wieczorem, w nocy. Analizujesz warianty A, B i C. Zastanawiasz się, co będzie lepsze, która decyzja słuszna, jak to wpłynie na innych. Rozmawiasz o tym ze wszystkimi, którzy chcą słuchać. I czujesz na sobie ciężar odpowiedzialności za efekt — jakby wszystko zależało tylko i wyłącznie od Ciebie.

Nie tylko w głowie.

Bo nadodpowiedzialność ma swój adres w ciele. Napięte barki. Ból między łopatkami. Kark twardy jak deska. Płytki oddech. Ciało, które dosłownie dźwiga to, czego głowa nie potrafi odłożyć.

Kiedy sama wpadam w ten stan, sięgam po technikę, która za każdym razem robi mi w głowie — i w ciele — coś na kształt huknięcia. Słyszalnego, wyraźnego. Jakby ktoś zdejmował z ramion bardzo ciężki plecak, którego wcześniej nawet nie czułam.

Ta technika nazywa się Tort Odpowiedzialności.

Skąd się bierze poczucie, że wszystko zależy od Ciebie?

Zanim przejdę do samej techniki — jedno zdanie wyjaśnienia.

Nadodpowiedzialność rzadko jest świadomym wyborem. Najczęściej jest wzorcem — wyniesionym z domu, wyuczonym w latach, gdy bycie odpowiedzialną, przewidującą, kontrolującą sytuację dawało poczucie bezpieczeństwa.

Problem polega na tym, że układ nerwowy nie odróżnia „realnej” odpowiedzialności od tej wyobrażonej. Jeśli w głowie masz narrację „to zależy ode mnie” — ciało reaguje tak samo jak na prawdziwe zagrożenie. Mobilizuje się. Napina. Wchodzi w tryb czuwania.

I zostaje w nim — dopóki nie dajesz mu sygnału, że może odpuścić.

Tort Odpowiedzialności jest właśnie takim sygnałem. Nie tylko dla głowy — również dla układu nerwowego.

Historia pierwsza — edukacja domowa i decyzja, która spędzała mi sen z powiek

Mam syna, Szymona. Kiedy uczył się w siódmej klasie, wrócił z zimowisk z komunikatem: przemyślałem wszystko i chciałbym przenieść się na edukację domową do Szkoły w Chmurze.

Wyobrażasz sobie moją minę? A mojego męża?

Pomyśleliśmy, że absolutnie nie ma mowy. Ale Szymon wiercił nam dziurę w brzuchu. Podawał argumenty. Nazywał swoje obawy. Przedstawiał pomysły na ich zniwelowanie. Nie odpuszczał — i w końcu ja też zaczęłam się zastanawiać.

I nagle poczułam, że to JA i tylko JA muszę zdecydować. Że tylko ODE MNIE zależy, jak się sprawy potoczą. Wiedziałam, że to decyzja, która może zaważyć na egzaminie ósmoklasisty i na tym, do jakiej szkoły średniej Szymon będzie miał szansę się dostać.

Myśli krążyły wokół tego tematu rano, po południu, wieczorem i w nocy. Ciągle o tym rozmawiałam — z mężem, przyjaciółkami, rodzicami dzieci w edukacji domowej. W pewnym momencie nie zostało już nic więcej do powiedzenia. A ja z dnia na dzień czułam, jak bolą mnie plecy, ramiona, barki.

Ciężar tej decyzji był dosłownie w moim ciele.

I wtedy przypomniałam sobie o Torcie.

Jak zastosowałam technikę?

Zadałam sobie pytanie: kto ma wpływ na to, czy Szymon przejdzie na edukację domową?

Na pierwszym miejscu zapisałam siebie — oczywiście. Ale potem — błyskotliwie, a co! — przypomniałam sobie, że mąż i tata Szymona w jednej osobie też ma coś do powiedzenia. No i sam zainteresowany, bo gdyby nie on, nie byłoby się w ogóle nad czym zastanawiać.

Była nas trójka. Ja, mąż, Szymon.

Ważna zasada techniki: siebie zostaw na koniec. Inaczej przypiszesz sobie sto procent — a tu chodzi o bardziej obiektywne spojrzenie, kto w ilu procentach ma wpływ na wynik końcowy.

Zaczęłam od Szymona — dałam mu 25%. W końcu to on zainicjował cały proces. Z drugiej strony wiedziałam, że to wciąż dziecko, więc więcej w tak poważnej sprawie nie dam odpowiedzialności.

Zostało 75% dla mnie i dla męża. Partnerskie małżeństwo — może po równo? Wyszło 37,5% na głowę.

I wtedy złapałam się za głowę.

37,5%??? Tylko tyle mi zostaje???

Ze 100% w ciągu kilku chwil zeszłam do 37,5%. Kiedy zobaczyłam to na papierze — poczułam, jakby ktoś zdjął mi z pleców ogromny, ciężki plecak. Mniej napięcia. Mniej zamartwiania. Więcej przestrzeni do myślenia — i do oddechu.

Historia druga — egzamin ósmoklasisty i 15%, które zmieniło wszystko

Tort Odpowiedzialności zastosowałam też do drugiej sprawy, która spędzała mi sen z powiek: jak zadbać o to, żeby Szymon dobrze zdał egzamin?

Złapałam się na tym, że znowu jestem w narracji „to zależy ode mnie”. Odpowiedzialność za jego wynik leżała w mojej głowie — i w moich rękach — niemal w całości.

Wypisałam wszystkie czynniki mające wpływ na wynik egzaminu: zaangażowanie Szymona, zaangażowanie nauczycieli, jakość materiałów, jego stan zdrowia w dniu egzaminu, podejście osoby oceniającej wypracowanie… Siebie — zgodnie z zasadą — zostawiłam na koniec.

Zostało mi 15%.

HUK. Głośny, wyraźny huk ciężaru, który spada.

15%. Nie dlatego, że mi nie zależy. Nie dlatego, że olewam. Ale dlatego, że tak po prostu jest — mój realny wpływ na wynik egzaminu mojego syna to 15%.

I wiesz, co się wtedy stało? Poczułam ulgę. Ale też — zobaczyłam, jak bardzo umysł wkręcił mnie w narrację o nadodpowiedzialności. Jak wiele napięcia w ciele nosiłam z powodu czegoś, nad czym miałam tylko ułamkową kontrolę.

Jak zastosować Tort Odpowiedzialności samodzielnie?

To prosta technika — i właśnie dlatego działa. Nie wymaga specjalnych warunków. Wystarczy kartka i kilka minut.

Krok 1. Nazwij sytuację, w której czujesz na sobie cały ciężar odpowiedzialności. Zapisz ją jednym zdaniem.

Krok 2. Zapytaj się: kto jeszcze — oprócz mnie — ma wpływ na tę sytuację lub jej wynik? Wypisz wszystkich: osoby, okoliczności, czynniki zewnętrzne.

Krok 3. Przydziel każdemu procentowy udział w odpowiedzialności. Siebie zostaw na koniec — to ważne. Zlicz najpierw procenty wszystkich innych „udziałowców”, a następnie od 100% odejmij uzyskaną wartość. Wynik to Twój procent udziału.

Krok 4. Zapisz ten wój wynik. I zostań z nim przez chwilę.

Nie chodzi o to, żeby zrezygnować z zaangażowania ani powiedzieć „to nie moja sprawa”. Chodzi o to, żeby zobaczyć realny obraz — zamiast tego, który maluje w głowie nadodpowiedzialność.

Kiedy widzisz, jaki realnie masz wpływ na daną sytuację — jesteś spokojniejsza, swobodniejsza, bardziej kreatywna. I — co zauważam też w ciele — ramiona opadają, oddech się pogłębia, napięcie zaczyna odpuszczać.

A kiedy jest nam lżej — możemy dalej zajść.

Jedno zdanie na koniec

Nie zawsze wszystko zależy od Ciebie.

Nawet jeśli Twój układ nerwowy jest absolutnie przekonany, że tak jest.

 

Najczęściej zadawane pytania:

Odpowiedzialna osoba bierze na siebie to, co realnie do niej należy. Nadodpowiedzialność to przejmowanie ciężaru za rzeczy, na które ma się ograniczony lub żaden wpływ — wyniki innych ludzi, ich decyzje, ich samopoczucie. Różnica jest subtelna w głowie, ale wyraźna w ciele: odpowiedzialność daje poczucie sprawczości, nadodpowiedzialność — chroniczne napięcie i zmęczenie.

Nie — to najczęściej wyuczony wzorzec, nie cecha wrodzona. Wyrasta z lat, w których branie odpowiedzialności za innych dawało poczucie bezpieczeństwa, kontroli albo miłości. Układ nerwowy zapamiętał to jako strategię przetrwania — i stosuje ją dalej, nawet gdy już nie jest potrzebna.

To znak, że ciało potrzebuje czegoś więcej niż jednorazowego ćwiczenia poznawczego. Nadodpowiedzialność zakorzeniona latami żyje nie tylko w myślach, ale w układzie nerwowym — i wtedy sama technika może przynieść chwilową ulgę, ale nie sięgnie głębiej.
Właśnie tu pomaga praca somatyczna, która trafia bezpośrednio do ciała, nie tylko do głowy.

Może Ci się spodobać: